Broczyna, gm. Trzebielino. Prawo leśniczego

mateo
Walburga Galikowska we wtorek w pobliżu domu znalazła psa, który zaginął kilka dni temu. Miał dużą ranę postrzałową na grzbiecie. Ledwo stał na nogach. Strzelał do niego leśniczy, bo pies wałęsał się po lesie.

Walburga Galikowska we wtorek w pobliżu domu znalazła psa, który zaginął kilka dni temu. Miał dużą ranę postrzałową na grzbiecie. Ledwo stał na nogach. Strzelał do niego leśniczy, bo pies wałęsał się po lesie. Strzały padły 27 lutego, a pies odnalazł się dopiero po 9 dniach.
- Szłam z psami na spacer i znalazłam go przy drodze leśnej, niedaleko naszego gospodarstwa. Widziałam też odjeżdżający samochód. Mimo śniegu i tylu dni nieobecności pies wyglądał dobrze. Był suchy. Widać było nawet, że był karmiony. Przeraziła mnie ta rana na jego grzbiecie. Był postrzelony - opowiada Walburga Galikowska, która od razu wskazuje też sprawcę.
27 lutego około godziny 16 do drzwi ich domu zapukał bowiem leśniczy z Biesowic (gm. Kępice) z wiadomością, że zabił w lesie psa. Miał prawo, a nawet obowiązek strzelać, bo pies wałęsał się po lesie.
- Poszłam do lasu szukać psa, ale w miejscu, które wskazał leśniczy nie było nawet śladu krwi. Następnego dnia szukałam kilka godzin. Nic nie znalazłam - mówi pani Walburga. - Leśniczy musiał go trzymać w domu.
Przez kolejne dni Galikowscy szukali psa. Zgłosili nawet sprawę policji.
- Strzelałem do tego psa, bo razem z innymi psami Galikowskich wałęsał się po lesie, a to niezgodne z prawem - przyznaje leśniczy Sławomir Kozłowski. - Upadł i wstał. Zaczął uciekać w krzaki. Nie mogłem strzelać drugi raz. Zaraz po strzale pojechałem do gospodarstwa Galikowskich sprawdzić czy pies nie dotarł na miejsce. Jechałem inną drogą i pewnie się z nim minąłem. Psa nie było w zagrodzie. Następnego dnia, razem ze Strażą Leśną i policją zbadaliśmy to miejsce. Na śniegu była krew i sierść.
Kozłowski nie przyznaje się do zarzutu stawianego przez rodzinę Galikowskich.
- Nie trzymałem psa w domu, bo i po co. Mieszkam w bloku, a poza tym moje rasowe psy zagryzłyby tego kundla. Może to oni trzymali go przez tyle dni w domu i dopiero teraz poszli do weterynarza - dodaje.
Galikowscy opatrzyli psa u weterynarza. Twierdzą, że nie spoczną dopóki Kozłowski nie odpowie za znęcanie się nad zwierzętami.
- Jak się strzela do psa, to trzeba go zabić, a nie pozwolić mu cierpieć. To niemoralne i nienormalne - uważa Walburga Galikowska - Nie wierzę też, że przez 9 dni pies szedł 1,5 kilometra do domu - dodaje.
Sprawę bada teraz policja. Za znęcanie się nad zwierzętami grozi kara do 2 lat więzienia. Za wypuszczanie psów do lasu też można jednak stanąć przed sądem.

Dobroczynne działanie rzepy. Znasz je?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie